Moją inspiracją jest natura we wszystkich swoich przejawach

utworzone przez | 7.08.2018 | Wywiad | 0 komentarzy

inS(Marta): Wykonujesz niezwykle klimatyczną muzykę folkową. Niedawno ukazał się Twój drugi album ”Mszarna”, a to wszystko robisz sama. Skąd pomysł na tworzenie muzyki, czym się inspirujesz? Mogłabyś w kilku słowach opisać swoją historię?

Ols: Odkąd pamiętam angażowałam się w artystyczne aktywności związane z przeróżnymi dziedzinami sztuki. Muzyka także od zawsze odgrywała ważną rolę w moim życiu, ale dopiero niedawno postanowiłam zająć się nią bardziej poważnie.

Projekt Ols powstał trochę przypadkiem. Któregoś dnia z nudów zaczęłam nagrywać na laptopa wielogłosowe interpretacje różnych utworów. Zdarzało mi się to już wcześniej, ale nigdy nie pokazywałam nikomu swoich nagrań. Tym razem było inaczej. Reakcja na moje twory okazała się bardzo entuzjastyczna. To był impuls, który sprawił, że po raz pierwszy przeszło mi przez myśl, że może warto coś z tym zrobić i dłużej nie ukrywać przed światem swoich śpiewanek. Jako że zaczeło się od wokalnych zabaw polifonią, wielogłosowe partie stały się naturalną podstawą, na której postanowiłam budować swoje kompozycje. Chciałam stworzyć coś, co będę w stanie zrobić całkowicie samodzielnie, bez żadnej pomocy z zewnątrz.

Do wokali dodałam więc takie instrumenty, na których potrafię nieźle grać. Z racji tego, że skupiłam się glównie na fletach, klawiszach i bębnach, automatycznie skierowało mnie to w stronę neofolkową – do szufladki, w której znajduje się cała melancholijna muzyka, nie używająca typowych instrumentów z krainy rock/pop. Zawsze podkreślam, ze moja muzyka nie jest typowym folkiem. Nie ma w niej bezpośrednich nawiązań do tradycyjnej muzyki i ludowego folkloru. Wszechobecny jest za to motyw ścisłej więzi człowieka z przyrodą, która jest charakterystyczna dla wszystkich tradycyjnych społeczności. Myślę, że stąd bierze się wrażenie „dawności” i „pogańskości”, o których często słyszę od odbiorców mojej muzyki.

Moją inspiracją jest natura we wszystkich swoich przejawach. Fascynuje mnie jej doskonałość, niesamowita złożoność wzajemnych relacji między jej elementami i miejsce ludzkiej jednostki w jej wiecznie powtarzających się cyklach. To niewyczerpane źródło inspiracji, w którym zawsze można znaleźć nowe natchnienia.

inS: Skąd wziął się Twój pseudonim? Ma jakieś ukryte znaczenie?

Ols: Ols to rodzaj zbiorowiska leśnego, olszyna, czyli rosnący na podmokłym, bagnistym terenie las, w którym dominującym gatunkiem drzew są olchy. Nietrudno zauważyć, że taki krajobraz pojawia się w niemal wszystkich moich tekstach. Moczary, olsy i torfowiska to dla mnie pejzaż dzieciństwa. W takim środowisku ukształtowała się moja wyobraźnia, więc do dziś stanowi ono bardzo ważny element moich artystycznych wizji. Umiejscowienie moich utworów w takiej scenerii ma także wpływ na ich wydźwięk – w utrwalonych tradycją przekazach bagna i rozlewiska to zawsze tajemniczy, niedostępny dla człowieka teren, mieszkanie niezbadanych sił, często o demonicznym rodowodzie. Wiecznie utrzymująca się mgła, specyficzna roślinność, niebezpieczeństwo czyhające na zagubionych wędrowców, błędne ogniki kuszące, by zboczyć ze ścieżki, dziwaczne odgłosy ptaków i płazów – wszystko to tworzy jedyne w swoim rodzaju wrażenie niesamowitości, które bardzo chciałam oddać w swoich kompozycjach.

Słowo „Ols” w założeniu miało być nazwą projektu, a nie moim pseudonimem artystycznym, ale nie podpisałam się pod debiutem pełnym nazwiskiem, więc ludzie, którzy na okładce płyty zobaczyli moją twarz z podpisem „Ols”, zaczęli się tak do mnie zwracać. Na „Mszarnej” można już znaleźć moje imię i nazwisko, ale sądzę, że jest za późno i na zawsze zostanę „panią Ols”. Właściwie chyba mi to nie przeszkadza.

inS: W swoich teledyskach ukazujesz dość specyficzny wizerunek, czasem mroczny, otaczasz się naturą. Skąd czerpiesz wenę na aranżacje?

Ols: Ten nieco mroczny wizerunek jest dla mnie zupełnie naturalny, bo na co dzień wyglądam podobnie – lubię ubierać się na czarno i zazwyczaj mam dość mocny makijaż. W teledysku promującym „Mszarną”, który powstał do utworu „Wiedźmowa” występuję w trzech wersjach kolorystycznych, ale najlepiej czuję się oczywiście w tej czarnej.

Teledysk do „Wiedźmowej” miał pokazywać różne emanacje tej samej mocy, różne twarze natury i kobiety, która dzięki intymnemu związkowi z ziemią i przyrodą w każdym momencie życia ma w sobie i budzącą się do życia wiosnę, i lato w pełnym rozkwicie, i zimową moc śmierci. Trzy kolory jako symbole pór roku, życia i dnia pojawiają się także w wielu baśniach, gdzie mamy białe/jasne istoty reprezentujące poranek i młodość, czerwone symbolizujące ogień, zachodzące słońce i dojrzałość i czarne, które w oczywisty sposób wiążą się z nocą i śmiercią. Jako przykłady powyższego, pierwsze przyszły mi do głowy tradycyjne baśnie rosyjskie i postanowiłam zaznaczyć ten wschodni element wiankami-koronami, które mam na głowie.

„Wiedźmowa” jest dynamicznym i – przynajmniej w moim odczuciu- letnim utworem, więc te przemiany kolorów, szybkie przejścia pomiędzy scenami i różnorodne tła pełne zieleni odpowiadają muzyce. W przyszłości planuję jednak wrócić do wizerunku, w którym czuję się najlepiej i w kolejnych filmach występować wyłącznie w czarnej wersji, nagrywać je jesienią, w pozbawionych liści, smutnych listopadowych lasach, podobnie jak to było przy moim pierwszym klipie do „Pożegnalnej”, tylko lepiej 😉 Mimo że nie mam jeszcze sprecyzowanej wizji muzyki na płytę numer 3, już teraz zaczynam się zastanawiać nad scenami, które mogłabym wpleść do kolejnego klipu. Mam już w głowie kilka ciekawych wizualnie obrazów. Cokolwiek z tego wyniknie, z pewnością zawsze w moich teledyskach będzie dominować przyroda, ponieważ to ona stanowi przewodni temat wszystkich moich utworów.

inS: Twoja muzyka jest bardzo wciągająca, momentami wręcz transowa. Taki był twój zamysł co do oddziaływania muzyki na słuchacza? Jak przebiega proces tworzenia poszczególnych utworów? Trudno jest samemu zgrać tyle instrumentów?

Ols: Sama lubię, gdy w muzyce której słucham pętlące się motywy wprowadzają mnie w stan lekkiej hipnozy. Powtarzające się w Olsie tematy muzyczne temu właśnie mają służyć. Bardzo chciałam wprowadzić odbiorów w pewnego rodzaju trans, więc jeśli mi się udało, uznaję to za wielki sukces.

Jako słuchacz lubię się też delektować motywem, który mi się spodoba, powtarzać go, wnikać w niego, badać tworzące go warstwy, zanurzać się w tych dźwiękach,aż muzyka stanie się abstrakcyjna i pozwoli na zupełne oderwanie od rzeczywistości. Wiem, że nie wszyscy to lubią i niektórym przeszkadza długość moich kawałków, więc na kolejnym materiale spróbuję troszeczkę ograniczyć moją skłonność do ustawiania motywów muzycznych na wieczny repeat. Na pewno jednak nie zrezygnuję z tego całkowicie, bo muzyka, którą tworzę, w pierwszej kolejności ma sprawiać przyjemność mnie. Jeśli będzie cieszyć również innych – to dobrze, ale priorytetem jest dla mnie czysta radość tworzenia.

Praca w pojedynkę to duże wyzwanie, przede wszystkim dlatego, że zajmuje mnóstwo czasu. Do każdego utworu nagrywam minimum kilkanaście pełnych linii wokalu, każdą podwójnie, żeby lepiej brzmiały. Do tego są dodatki, jakieś „tralalala” w tle, okrzyki, oddechy – znów wszystko razy dwa. Flet, sopiłka, fujarki, bębny, klawisze, gitara, rozmaite przeszkadzajki – zestaw instrumentów powiększa się lub zmniejsza w zależności od utworu, ale zawsze jest tego sporo. Czasami trzeba coś poprawić, przerobić – co znowu pochłania dużo czasu. Na końcu są miksy, które przy tylu ścieżkach również są bardzo czaso- i pracochłonne. Zapewniam, że nie jest łatwo tak to wszystko poustawiać, żeby wszystkie linie były słyszalne i sensownie zbalansowane. Czasami dopada mnie frustracja, ale mimo to zamierzam pozostać przy formule jednoosobowego projektu. Fakt, że mam nad wszystkim pełną kontrolę i mogę robić to co chcę, bez żadnych kompromisów, rekompensuje mi trudy samotnego nagrywania.

Samo tworzenie to u mnie spontaniczny, nieco chaotyczny proces. Zwykle najpierw nagrywam sobie jeden motyw, który pojawia mi się w głowie i rozbudowuję go w główny wokal. Później puszczam sobie powstałą melodię i dogrywam do niej kolejne głosy, które wymyślam na bieżąco. Tak powstaje podstawa, którą obudowuję kolejnymi liniami wokalu, a później instrumentów. Z tekstami bywa różnie – czasem układam tekst do melodii, a czasem melodię do tekstu. Gdy szkic utworu jest przygotowany, idę z nim do studia, by nagrywać na profesjonalnym sprzęcie. Podczas tych nagrań często dodaję do pierwotnej wersji nowe elementy, modyfikuję koncepcję aranżu, zmieniam instrumenty na inne niż wcześniej zakładałam. Tak naprawdę do momentu zakończenia miksów wszystko jest bardzo płynne i do ostatniej chwili trudno powiedzieć, jak zabrzmi ostateczna wersja danego kawałka.

inS: Planujesz jakieś koncerty, spotkania z fanami czy udział w arystycznych wydarzeniach? Gdzie można cię spotkać?

Ols: Jest oczywiste, że o ile w studiu mogę posklejać razem wiele ścieżek i śpiewać na kilka głosów sama ze sobą, jednocześnie akompaniując sobie na flecie, bębnach i pianinie, to na żywo jest to nie do zrobienia. Żeby wystąpić live, potrzebowałabym kilkuosobowego chórku i zespołu instrumentalistów, a wizja organizowania castingu, grania regularnych prób i konieczności dostosowywania się do planów i wymagań sporej grupy osób nie wzbudza we mnie nawet najmniejszego entuzjazmu. Oddycham z ulgą na myśl o tym, że mogę wszystko robić sama – tak jak chcę, wtedy, kiedy mam ochotę – i nie muszę się nikim przejmować. Nie zamierzam zrezygnować z tego komfortu, więc w dającej się przewidzieć przyszłości nie planuję żadnych koncertów. W artystycznych wydarzeniach biorę więc udział tylko jako odbiorca i można mnie spotkać pod sceną, nie na niej. Nie mam również w planach żadnych grupowych spotkań z fanami. Nawet nie wiem, na czym mogłoby to polegać…

Oczywiście, jeśli ktoś zechce zamienić ze mną prywatnie kilka słów, bardzo chętnie porozmawiam o muzyce i nie tylko. Zbiorowych imprez zapoznawczych jednak nie przewiduję.

Gdzie można mnie najczęściej spotkać? Najprościej byłoby odpowiedzieć, że w lesie, bo uciekam w dzicz najczęściej jak się da, ale celowo wybieram takie lasy, w których prawdopodobieństwo spotkania człowieka jest możliwie jak najniższe i gdzie dużo łatwiej trafić na dzikie zwierzęta niż na ślady cywilizacji. Jeśli więc nie nastąpi niezwykły zbieg okoliczności i ktoś nie zapuści się przypadkiem w ten sam odludny gąszcz co ja, najłatwiej będzie znaleźć mnie na porządnym metalowym koncercie. Na typowo folkowych i folkmetalowych imprezach nie bywam, bo nie przepadam za skoczną, wesołą muzyką.

 

BIO
Ols to jednoosobowy projekt, całkowicie tworzony przez autorkę, Annę Marię Oskierko, która komponuje, aranżuje, pisze teksty, śpiewa oraz gra na instrumentach.

Utwory Ols najprościej byłoby określić mianem dark/neofolku, lecz w kompozycjach i aranżacjach można odnaleźć również wiele elementów folku, ambientu, czy też muzyki alternatywnej, a nawet bardzo odległe echa atmosferycznego black metalu, co sprawia, że konkretny gatunek jest trudny do zdefiniowania.

Poszczególne utwory bazują na złożonych, wielogłosowych harmoniach wokalnych. Ich dopełnienie stanowią oszczędnie użyte, lecz wyraziste partie instrumentalne budujące rytualny i hipnotyczny charakter.

Teksty napisane w całości w języku polskim, poruszają tematykę związaną z naturą, smutkiem, samotnością, miłością i śmiercią. Najważniejszą inspiracją stojącą za powstaniem projektu jest przyroda we wszystkich jej przejawach i ludzkie uczucia, pojmowane jako jej integralna część.

Debiutancki materiał zarejestrowany w NS Studio w Nowym Sączu przez Piotra „Armię” Pietrzaka, ujrzał światło dzienne w wersji cyfrowej w listopadzie 2016r. Wersja fizyczna płyty ukazała się w lutym 2017r.

Prace nad drugą płytą rozpoczęły się latem 2017r., ponownie w tym samym studiu i z tym samym realizatorem. W jednym z utworów gościnny udział wziął gitarzysta zespołu Jarun- Jakub „Zagreus” Olchawa. Premiera albumu zatytułowanego „Mszarna” zaplanowana jest na 15.04.2018.

Źródło: Materiały prasowe Ols.